Nigdy nie zaznałam prawdziwego smaku przyjaźni i tym bardziej miłości. Gdy spytałam o to ludzi, rozwodzili się na ten temat. Jak to niesamowicie i potrzebnie jest ich posiadać. Dodawali, że muszę kogoś mieć, bo inaczej nie przetrwam na tym świecie. Niektórzy powtarzali, że mam poczekać na tego kogoś, bo pewnie niedługo się zjawi. Kiedy pytałam dlaczego, odpowiadali: " Bóg na pewno postawi na Twojej drodze kogoś wyjątkowego. Dał nam wolną wolę , ale i tak z góry się o nas troszczy".
Uwierzyłam w to, choć nie wiem czy powinnam. Bo tak naprawdę nie wiem, czy tego chcę.
– Ami... – usłyszałam gdzieś daleko stąd – Amelio, wstawaj…
Czemu ten głos jest taki głośny? Zwariuję zaraz!
Poczułam lekkie głaskanie po twarzy, co do...! Otworzyłam gwałtownie oczy i chwyciłam czyjąś rękę, wykręcając ją równocześnie. Zanim zdążyłam zobaczyć kto to, usłyszałam pełen bólu jęk:
- Co Ty wyprawiasz Amelio?! – spojrzałam rozkojarzona. Osobą, którą trzymałam była moja mama. Ups…
- Przepraszam, myślałam… to był odruch…
- Rozumiem, że chodzisz na Judo i w ogóle trenujesz, ale powinnaś bardziej uważać. Możesz zrobić komuś krzywdę i będą kłopoty.
Do pokoju wszedł mój brat – Adrian. Jest przed trzydziestką i patologicznie szczęśliwy związek, przez który niedługo mam zostać ciocią. Czasem mu tego zazdroszczę.
- Dobrze moje Panie, kończymy przedstawienie na dziś. Amelia spóźni się do szkoły, a mama do pracy, jeśli nie skończycie tych pogaduszki. Dodatkowo naleśniki stygnął. -
Wymieniliśmy z bratem porozumiewawcze spojrzenia. Doskonale wiedzieliśmy co mogłoby się zacząć, gdyby nie przyszedł i nam nie przerwał. Wyszli po chwili i mogłam odetchnąć. Może mama ma rację? Muszę bardziej nad sobą popracować. Takie odruchy są niebezpieczne. Poszłam na lekcje Judo, by móc się bronić, a nie żeby robić krzywdę.
Droga do szkoły przebiegła szybko i bezboleśnie. Często ludzie na ulicy się gapili, a jako, że dużo ludzi z mojej szkoły mieszka blisko mnie, zdarzał się również śmiech.
Człowiek wyśmiewa się z drugiego jeśli ten jest samotny. Jest nazywany „innym”. Właściwie od zawsze zastanawiało mnie, dlaczego samotna osoba jest wyzywana. Przecież wszyscy jesteśmy na równi, wszyscy jesteśmy tacy sami.
Pierwszą lekcją była geografia. Mieliśmy co tam z ludnością USA. Zazwyczaj pani nie sprawdza prac domowych, ale dzisiaj trafiliśmy na jeden z jej humorków. A ja jak zwykle jej nie mam. Zaczęłam się stresować, dostanę kolejną jedynkę i nie zdam do następnej klasy.
- psst… Ami - usłyszałam za sobą. Obejrzałam się i zobaczyłam Alana - naszego ulubieńca wśród dziewczyn, blondyna o zielonych oczach. Jest tak popularny, że niedobrze mi się robi.
- Trzymaj, przyda Ci się - podał mi swoją pracę domową. Zapomniałam dodać, że oprócz nieskazitelności swojej urody ma też świetne oceny – jeśli nie najlepsze w szkole.
- Nie mogę tego przyjąć, to nie fair… dostaniesz złą ocenę…
- Cicho, pani profesor idzie – powiedział pośpiesznie i wyprostował się.
- Panno Stęp - usłyszałam obok siebie
- Słucham? – czy mi łamie się głos?
- Praca domowa
Spojrzałam na pracę od Alana i już miałam powiedzieć, że jej nie mam, ale wtem zauważyłam, że jest podpisana… moim imieniem i nazwiskiem. Chyba mu zależy żebym ją przyjęła.
- Proszę – oddałam ją, czerwieniąc się z lekka. Nauczycielka jak za dotknięciem magicznej różdżki, uśmiechnęła się i podeszła dalej – do Alana. Odwróciłam się i usłyszałam tylko:
- Nie szkodzi, przyniesiesz innym razem – po czym zobaczyłam, że ten puszcza do mnie oko. O co chodzi?
Reszta lekcji minęła bez zarzutów. Wyszłam ze szkoły i pierwsze co usłyszałam to „dziwaczka”. Nie ma to jak miłe słowo na zakończenie dla w szkole. Założyłam słuchawki i oderwałam się choć trochę od rzeczywistości. Przechodząc przez jezdnię, rozejrzałam się ze 3 razy. To najdłuższe przejście dla pieszych w tym mieście. Zdecydowanie powinni zrobić z niego dwuetapowe.
Nie zauważyłam, by cokolwiek nadjeżdżało, więc zaczęłam przechodzić.
Nagle zza roku kilkanaście metrów dalej wyjechało białe Audi. Sparaliżował mnie strach i potknęłam się o chyba najmniejszą rzecz jaka tam była. Czułam nadchodzącą śmierć i szykowałam się, by wydać ostatnie tchnienie, ale… tak się nie stało. Ktoś przerzucił mnie dalej od miejsca, w którym byłam. Usłyszałam wydający się spod opon pisk i głośny trzask. Odruchowo schowałam głowę z ramionach. Zamknęłam oczy i otworzyłam je z powrotem, głęboko oddychając. Żyje. I wtedy do mnie dotarło. Spojrzałam szybko na jezdnię. Leżał na niej Alan. Podbiegłam najszybciej na ile było mnie stać. Sprawdziłam czy oddycha. Wokół nas zaczęło zbierać się mnóstwo osób.
- Zadzwońcie po karetkę! Szybko!
Alan ledwo oddychał. Zaczęłam go reanimować. 30 ucisków, 2 wdechy. Co mu strzeliło do głowy, by wciskać się pod ten samochód i mnie ratować?!
- Boże spraw, by on przeżył! Błagam… - po policzku zaczęły ciec mi łzy. Usłyszałam ambulans. Podjechali, a mnie obraz zaczął się rozmazywać. Z nadmiaru emocji - zemdlałam.
Nigdy nie idziemy sami przez życie. Zawsze jest koło nas mały anioł stróż, choć czasem trudno nam go dostrzec. Bardzo żałuję, że osobiście dostrzegłam to dopiero, gdy Alan – obecnie najważniejsza osoba w moim życiu - skończył przeze mnie na wózku. Nigdy mu tego nie zapomnę. Przypatrz się dokładniej, a możesz się mile zaskoczyć.
Przepraszam za tak długą nieobecność. Postaram się wrzucać coś więcej.
Miłego dnia/ Marta